sobota, 9 lutego 2013

Znam to!

Parę dni temu zostałam poproszona o recenzję pewnych kosmetyków. Jako, iż nic, co kobiece, nie jest mi obce, więc testowanie tychże specyfików, które przyszły w obiecującej paczce wzbudzającej dreszczyk emocji, było nie lada przyjemnością. Zwłaszcza, że sprawdzanie kosmetyków jest inne, niż codzienne ich używanie. Zmysły są wyostrzone, zwracając baczniejszą uwagę na kolor, zapach, konsystencję i skuteczność. Umysł otwiera się na doświadczanie przyjemnych doznań i przez krótki moment, przy akompaniamencie świec i lampki wina, możemy poczuć się niczym w prywatnym SPA. Żyć, nie umierać dla kobiecości , zwłaszcza tej upchanej pod obowiązkami dnia codziennego.

Mając konkretny plan działania (i schłodzone wino), potrzebowałam jeszcze tylko trochę samotności. Przyznam, że lubię te rzadkie chwile spędzone sama ze sobą. Nad życie kocham mężczyznę poślubionego już ponad dwa lata temu, jeszcze bardziej jego roczną kopię, lecz są momenty, kiedy muszę być po prostu sama. Bez wyrzutów sumienia (w końcu umacnianie więzi ojcowsko – synowskich jest rzeczą niepodważalnie ważną) wypchnęłam męskie towarzystwo za drzwi, wciskając im jednocześnie bilety do baby kina. Oczywiście chcę, aby dobrze się bawili i wcale nie chodzi mi o to, by mieć gwarancję, że nie wrócą przynajmniej przez półtora godziny…

Wino w kieliszku kusiło niesamowicie szkarłatną barwą (niesamowicie, bo kosztowało czternaście złotych i czterdzieści trzy grosze), świece tworzyły ciepłe, przytulne światło, a ja, po ciepłym prysznicu, przystąpiłam do działania.

Na pierwszy ogień wzięłam krem do twarzy Anew Aqua Youth firmy Avon. Na stronie producenta można znaleźć informacje, że kosmetyk ten ma być prawdziwą nawilżającą bombą dla suchej skóry (podwójne nawilżenie!). Biorąc pod uwagę fakt, że skóra mojej twarzy przypomina czasem pękającą z suchości, szorstką glebę, pomyślałam, że jeżeli obietnice okażą się prawdziwe, po wielu latach poszukiwań kremu idealnego w końcu trafię na ten jedyny. Zatem do dzieła. Pierwszą rzeczą, która mnie urzekła, był słoiczek, w którym krem się znajduje. Naprawdę ładny, w błękitnym kolorze i srebrnymi dodatkami, szklany i ciężki (a to zawsze kojarzy się z wysoką jakością). Sam specyfik ma bardzo delikatną konsystencję, określenie „żel – krem”, znajdujące się na opakowaniu, jest idealne. Nakłada się tę nowość bardzo przyjemnie, rozprowadza się świetnie. Naprawdę nieźle się zaczyna. I cóż, jeśli ktoś liczy na jakieś „ale”, to tutaj go nie znajdzie– dalej jest bowiem jeszcze lepiej. Krem wchłania się bardzo szybko, perfekcyjnie nadaje się na bazę pod makijaż, a skóra po jego użyciu jest gładka i rzeczywiście nawilżona. Dla mnie bomba, wszystko wskazuje na to, że znalazłam w końcu idealny krem do twarzy (i nie mam podpisanego z formą Avon kontraktu na reklamę!). Zdecydowanie polecam, bo i cena nie jest wygórowana.

Jako, iż w szarej paczce (uwielbiam szary papier, jest w nim coś urzekającego) znalazły się dwa kosmetyki do pielęgnacji ciała, postanowiłam przeprowadzić pewien eksperyment. Połowę ciała wysmarowałam Balsamem do ciała firmy Natura Officinalis, drugą połowę pielęgnacyjnym olejkiem o nazwie Alterra, którego producentem jest Rossman. Jako, że z jedzeniem ostatnio trochę pofolgowałam, było na czym testować i co porównywać.

Pierwszy z wymienionych, czyli balsam Natura Officinalis, ma tę niewątpliwą zaletę, że 98% jego składników jest pochodzenia naturalnego – wszystkie są nawet ekologicznie certyfikowane. Producent zapewnia nas także, że produkt jest bezzapachowy, nie zawiera barwników ani sztucznych silikonów. Gdybym była alergiczką, z pewnością zostałabym skuszona takim wstępem. Alergiczką nie jestem, ale skusić mnie mógłby na przykład słoiczek, który wygląda, jakby był wykradziony z prastarej, naturalnej apteki. Naprawdę ładna rzecz.

Jeśli chodzi o nakładanie, to jest ono łatwe i przyjemne. Szybkie wchłanianie się to zdecydowany plus tego balsamu, bo niewiele z nas lubi czekać, aż kosmetyk się wchłonie, bądź, w przeciwnym wypadku, brudzić sobie śliczny, puchowy szlafrok. Mimo zapewnień, że balsam jest bezzapachowy, da się wyczuć delikatną, specyficzną dla naturalnych kosmetyków, woń. Osobiście wolałabym jednak jakąś nutę zapachową, powiedzmy truskawek czy zielonej herbaty, ale to zapewne kwestia gustu.

Drugi ze sprawdzanych specyfików, olejek Alterra, ma już wyraźny zapach i do tego jest to aromat niezwykle przyjemny. Wszystko dzięki olejkom z granatu i awokado, które ma swoich składzie ten złoty płyn. Rozprowadzanie go jest bardzo, bardzo szybkie, olejki wszelkiej maści mają bowiem tę niewątpliwą zaletę, że są rzadkie i wręcz kleją się do skóry. To zdecydowanie duży plus. Gorzej wygląda już kwestia wchłaniania się. O ile nie trwa to tyle, jak w przypadku zwykłej oliwki do ciała, o tyle dla tych niecierpliwych (i ja do nich należę) nadal jest to zbyt długo – po dziesięciu minutach nadal pozostawał widoczny na skórze, ale już dłużej nie czekałam.

Porównując najważniejsze działanie obu tych nowości, czyli efekt nawilżenia skóry, w mojej ocenie wygrałby balsam. Skóra jest po nim gładziutka, wyraźnie nawilżona i co bardzo ważne – niezwykle miękka w dotyku. Olejek nie daje już tego efektu, choć poprawę kondycji skóry również można zauważyć gołym okiem.

Przy recenzji kolejnych kosmetyków pomógł mi już mąż, ponieważ we wspomnianej paczce znalazło się i coś dla niego. Precyzując, otrzymałam trzy antyperspiranty firmy Dove, wszystkie z linii Men + Care. Dwa z nich mają wygodną postać małej buteleczki z kulką (lecz inne zapachy), trzeci to antyperspirant w sprayu. Jako, iż szacowny mój małżonek nie jest zwolennikiem maseczek i kremów pod oczy dla mężczyzn („płeć brzydka musi być trochę brzydka”), z ulgą przyjął fakt, że do przetestowania ma właśnie antyperspirant – niezbędnik w jego kosmetyczce. I tak, dowiedziałam się, że w przeciwieństwie do mnie, mój mąż woli kosmetyk w sprayu. Ma on jednak pewną dość dużą wadę, nie jest bowiem tak wydajny, jak kulkowi konkurenci. Część oceny, polegająca na porównaniu zapachów, należała do mnie i była niezwykle przyjemna. Z linii zapachowych („Aqua Impact” oraz „Extra Fresh”) , jakie akurat dane nam było przetestować, zdecydowanie wybrałam „Extra Fresh” – ma on zapach najbardziej zbliżony do klasycznego, męskiego, uwielbianego przeze mnie zapachu. No i na koniec skuteczność. Wszystkie trzy kosmetyki zdały egzamin na szóstkę, wynika zatem z tego prosty wniosek – dla każdego coś miłego, w zależności od gustu.

Podsumowując, większość z ofiarowanych mi przez kosmetyków to nowości. I wciąż utwierdzam się w przekonaniu, że warto w nie inwestować. Nowoczesne kosmetyki mają nie tylko nowe zapachy czy opakowania – ich skład jest naprawdę rewelacyjny, innowacyjny, a działanie skuteczniejsze. A przecież o to nam chodzi, wybierając produkty z bogatych półek – mają sprostać naszym wymaganiom.

Karolina

1 komentarz: